Wspomnienia z Sybiru 1940-1946
  • Wydanie: pierwsze
  • Miejsce i rok: Lublin, Norbertinum, 2013
  • Objętość: 137, [2] s. + 19 s. fot.
  • Format: 147 x 208 mm
  • Oprawa: miękka klejona
  • ISBN: 978-83-7222-464-4
  • ISSN: 1508-7956
  • SERIA: Z nieludzkiej ziemi
22,00 PLN

10 lutego 1940 r. Mieczysława Malawska jako ośmioletnie dziecko została wraz z matką i możliwym do uniesienia dobytkiem aresztowana i przetransportowana ze wsi Sarańczuki w powiecie tarnopolskim na stację kolejową w Potutorach. Stąd bydlęcymi wagonami, wypełnionymi kobietami, dziećmi i starcami, trafiły w głąb Syberii, do permskiej obłasti, do posiołku Janczer. Tak rozpoczęła się trwająca 6 lat zesłańcza odyseja matki i córki, opisana w książce w niezwykle żywych obrazach pamięci. Dojrzewanie w tak skrajnie trudnych warunkach było z konieczności przyspieszone i pozbawione naturalnych osłon domowego ogniska. Jednak bliskość Matki (której Autorka poświęca swoją książkę), tak kruchej i osłabionej chorobami, ale jednocześnie zaradnej i bohaterskiej w ochronie wartości człowieczeństwa, stanowiła źródło siły do niesienia codziennych ciężarów przekraczających możliwości zaledwie kilkunastoletniej dziewczyny. To niezwykłe i piękne świadectwo zwycięskiej woli przetrwania w obliczu szalejących totalitaryzmów.
 


Fragmenty książki

„[...] od wczesnej wiosny do późnej jesieni chodziło się wyłącznie boso. Przypominam sobie, jaka to była katorga chodzić boso po leśnym podłożu, by zbierać grzyby i jagody. Człowieka wszystko kłuło w stopy, aż w głowie świdrowało. Gdy były jakieś gałgany, to nogi się w nie owijało. Chodziło się boso aż do przymrozków, a nawet jak szron osiadł już na trawie. W takie to jesienne, oszronione przymrozkiem poranki chodziłam boso po zupę do stołówki, do odległego o trzy–cztery kilometry Nikitkina. Stopy aż pękały od przymrozku, a oszronione trawy zdzierały skórę ze stóp. Czasami ból aż wyciskał łzy z oczu. Co jakiś czas ratowałam się przed tym zimnem. Przykucałam, robiłam na stopy siusiu i w ten sposób ciepłym moczem ogrzewałam sobie na moment zaczerwienione i zsiniałe z zimna stopy. I aż cud, nic mi nie było, nie zaziębiałam się, nie chorowałam na nerki”.

„[...] na przeciwległym, płaskim brzegu rósł inny opał, przedmiot marzeń każdego mieszkańca. Była to roślina wieloroczna o nazwie, jakiej tam używano, „Boże drzewko”. Roślina stepowa, do półtora metra wysokości, rosnąca kępami, o drewnowatych łodyżkach i liściach podobnych do liści kopru, silnie pachnąca, podobnie do piołunu. To „Boże drzewko” nie łamało się ręcznie jak zwykle suche burzany, lecz wyrąbywano je siekierą tuż u nasady łodygi. Układało się je w duże wiązki, wiązało sznurkiem i nosiło na plecach. Wiązki nie mogły być jednak wielkie, bo łodygi były wilgotne i ciężkie. Taka średnia wiązka miała wielkość dużego snopa, w którym łodygi były układane pęczkami naprzemiennie w obie strony, aby zachować równowagę wiązki. Wypady po to „Boże drzewko” robiło się jedynie w zimie, kiedy można było przejść po lodzie. Chodziliśmy po tę zdobycz grupami, bo wśród tych zarośniętych burzanem obszarów grasowały i ukrywały się olbrzymie stepowe wilki – w lecie można się było ich nie bać, w zimie natomiast stanowiły groźne niebezpieczeństwo. Przed grupami ludzi czmychały jednak w głąb zarośli i nie ujawniały się. I właśnie przez te burzany „Boże drzewka” omal dwukrotnie nie postradałam życia. Kiedy już szłam na ten wyrąb z siekierą, chciałam przygotować jak największą wiązkę, aby mieć chociaż na jeden dzień zapasu i choć jeden dzień w tygodniu odpocząć od noszenia burzanów. Narąbałam więc kiedyś tego chwastu taką wiąchę, że ledwo mi ją inni podali na plecy. Wiązka ciążyła jak kamień, uginałam się pod nią jak pod krzyżem, ale szłam przed siebie. Doszłam do brzegu rzeki i weszłam na przyprószony śniegiem lód. W miejscu, gdzie się znalazłam, już prawie na środku rzeki, prąd wody, jak się okazało, był bardzo wartki i lód cieniutki jak tektura. W pewnym momencie poczułam, że lód pod jedną nogą pękł i nogą wpadłam do wody. Pod drugą nogą też się załamał i zanurzyłam się po pas w wodzie. Rękami z całej siły uczepiłam się leżącej nad brzegiem tej niespodziewanej przerębli wiązki burzanów. Była duża, miała szerokie pole nacisku i dlatego nie załamała lodu. Czułam, jak wiry wodne usiłują mnie wciągnąć pod lód. Zaczęłam krzyczeć. Z brzegu pośpieszono mi na pomoc. Polecono, abym, opierając się na wiązce, usiłowała wynurzyć się z wody, ale abym nie stawała, a pozostała na leżąco. Zrobiłam tak, uratowała mnie ta zbawcza wiązka. Leżałam na lodzie. Rzucono mi na odległość sznury i ściągnięto w pozycji leżącej, razem z moją wiązką, na ląd. Mróz ścinał na mnie mokrą odzież i buty, a był srogi, chyba minus trzydzieści stopni. Wkrótce zamieniłabym się w sopel lodu. Jednak przy ludzkiej pomocy doczłapałam do domu, przechodząc przez rzekę w innym miejscu. Kiedy matka wróciła ze szkoły, leżałam już w pościeli z wysoką gorączką. Przez kilka dni byłam nieprzytomna. Burzany na opał przynosili po troszkę moi znajomi, koledzy i koleżanki. Później wylizałam się i wszystko wróciło do normy”.

więcej o książce
zwiń